pan tadeusz
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(Gdy od płaczącej matki pod Twoję opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.
Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,
Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,
Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;
Świeciły się z daleka pobielane ściany,
Tem bielsze, że odbite od ciemnej zieleni
Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.
Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,
I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi
Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;
Widać, że okolica obfita we zboże,
I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów
Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów
Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,
Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,
Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:
Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.
Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,
Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.
Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek
I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,
Wysiadł z powozu; konie porzucone same,
Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.
We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto
Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.
Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;
Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.
Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście
Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.
Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne
Ogląda czule, jako swe znajome dawne.
Też same widzi sprzęty, też same obicia,
Z któremi się zabawiać lubił od powicia;
Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.
I też same portrety na ścianach wisiały.
Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma
Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;
Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,
Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów
Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie
Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,
W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,
A przed nim leży Fedon i żywot Katona.
Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,
Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,
Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,
Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.
Nawet stary stojący zegar kurantowy
W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy
I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,
By stary Dąbrowskiego usłyszyć mazurek.
Biegał po całym domu i szukał komnaty,
Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.
Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice
Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?
Któż by tu mieszkał? stary stryj nie był żonaty,
A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.
To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?
Na niem noty i książki; wszystko porzucano
Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!
Niestare były rączki, co je tak rzuciły.
Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta
Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.
A na oknach donice z pachnącemi ziołki,
Geranium, lewkonija, astry i fijołki.
Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:
W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,
Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,
Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.
Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek
Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.
Grządki widać, że były świeżo polewane;
Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,
Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;
Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki
Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki
Na piasku: bez trzewika była i pończoszki;
Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,
Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu
Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi
Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.
Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,
Wonnemi powiewami kwiatów oddychając,
Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,
Oczyma ciekawemi po drożynach gonił
I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,
Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.
Przypadkiem oczy podniosł, i tu na parkanie
Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie
Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,
Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.
W takiem Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,
W takiem nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:
Więc choć świadka nie miała, założyła ręce
Na piersiach, przydawając zasłony sukience.
Włos w pukle nierozwity, lecz w węzełki małe
Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,
Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku
Świecił się, jak korona na świętych obrazku.
Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole
Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;
Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,
Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie
I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,
I po desce opartej o ścianę komnaty,
Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,
Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.
Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;
Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła
Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.
Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą
Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;
Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,
Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił
I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,
Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;
Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było,
Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło
Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć
To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.
Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,
Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.
Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano
Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;
Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,
Odsyłać konie gości Żydom do gospody.
Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,
Aby w domu Sędziego służono niedbale;
Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,
Który teraz za domem urządzał wieczerzę.
On Pana zastępuje i on w niebytności
Pana, zwykł sam przyjmować i zabawiać gości
(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).
Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu
(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);
Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie,
Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,
Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.
Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował
I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;
Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,
W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa
Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,
Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.
Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,
Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał:
"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano
Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano
Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),
Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził
Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.
Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;
Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne
Od dni kilku zbiera się na sądy graniczne
Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;
I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;
Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.
Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,
A starzy i kobiety żniwo oglądają
Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.
Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy
Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".
Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą
I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.
Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,
Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,
Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze
Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,
Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty
Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,
Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,
Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;
I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,
Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;
Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary
Błysnęło jako świeca przez okienic szpary
I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące
We zbożach i grabliska suwane po łące
Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,
U niego ze dniem kończą prace gospodarze.
"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;
Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,
Czas i ziemianinowi ustępować z pola".
Tak zwykł mawiać pan Sędzia; a Sędziego wola
Była ekonomowi poczciwemu świętą;
Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto
Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;
Cieszą się z niezwyczajnej ich lekkości woły.
Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe
Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe
Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,
Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;
Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;
Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku
(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał
O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,
A każdy mimowolnie porządku pilnował.
Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował
I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu
Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.
"Tym ładem- mawiał - domy i narody słyną,
Z jego upadkiem domy i narody giną".
Więc do porządku wykli domowi i słudzy;
I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,
Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,
Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.
Krótkie były Sędziego z synowcem witania:
Dał mu poważnie rękę do pocałowania
I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;
A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,
Widać było z łez, które wylotem kontusza
Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.
W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,
I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.
Tu owiec trzoda becząc w ulice się tłoczy
I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy
Stado cielic tyrolskich z mosiężnemi dzwonki;
Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;
Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa
Raz w raz skrzypi i napój w koryta rozlewa.
Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,
Nie chybił gospodarskiej ważnej powinności:
Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora
Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;
Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,
Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.
Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni
Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni;
Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu
Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu
I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,
Którego widne były pod lasem zwaliska.
Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił
I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,
Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,
Wolał gości przeprosić i w pustki wprowadzić.
Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,
Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:
We dworze żadna izba nie ma obszerności
Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;
W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,
Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,
Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;
Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.
Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,
Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.
O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,
Okazały budową, poważny ogromem,
Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;
Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.
Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,
Bezładnością opieki, wyrokami sądu,
W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,
A resztę rozdzielono między wierzycieli.
Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie
Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;
Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,
Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,
Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,
Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;
Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,
Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.
Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu
Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.
Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,
W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;
Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych
Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.
Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni
Zmieści się i palestra, i goście proszeni.
Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem
Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,
Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;
Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi
Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;
Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte
I stoi wypisany każdy po imieniu;
Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.
Goście weszli w porządku i stanęli kołem;
Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;
Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.
Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.
Przy nim stał Kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie.
Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.
Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli
I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.
Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa
Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;
Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało
Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.
Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,
Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.
I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,
I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.
Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,
Na które mógłby spojrzeć bez wstydu królewic,
Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;
Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.
To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;
Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki
Ledwo słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;
Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,
I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,
Z których by wychowanie poznano stołeczne;
To jedno puste miejsce nęci go i mami...
Już nie puste, bo on je napełnił myślami.
Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,
Jako po deszczu żabki po samotnej łące;
Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę
Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.
Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,
Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,
A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,
Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,
Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło
Kilku młodych od stołu i pannom służyło.
Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza
I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,
Nalał węgrzyna i rzekł: "Dziś nowym zwyczajem,
My na naukę młodzież do stolicy dajem
I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki
Mają od starych więcej książkowej nauki;
Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,
Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.
Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,
Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,
Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana
(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);
On mnie radą do usług publicznych sposobił,
Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.
W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,
Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.
Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze
Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,
Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,
Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,
Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu
Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu
W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:
Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą
Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;
Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,
Ale nie staropolska, ani też szlachecka.
Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;
Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,
I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana
Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.
Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić
I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.
I starzy się uczyli; u panów rozmowa
Była to historyja żyjąca krajowa,
A między szlachtą dzieje domowe powiatu:
Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,
Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;
Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.
Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?
Z kim on żył, co porabiał? każdy, gdzie chce, wchodzi,
Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.
Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy
I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,
Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!
Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,
Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".
To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;
Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,
Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,
Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.
Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;
Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,
Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,
Ale częstem skinieniem głowy potakiwał.
Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;
Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał
I dalej mówił:
"Grzeczność nie jest rzeczą małą:
Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,
Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,
Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;
Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,
Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.
Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej
Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej ;
Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty
Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.
Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy
Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.
A zatem..."
Tu Pan Sędzia nagłym zwrotem głowy
Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,
Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.
Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy
I rzekł:
"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzéj!
Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,
Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.
Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny
Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!
Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów
Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!
Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,
Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.
Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,
Gadających przez nosy, a często bez nosów,
Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,
Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.
Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;
Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,
Odbiera naprzód rozum od obywateli.
I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;
I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,
Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.
Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:
Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.
Była to maszkarada, zapustna swawola,
Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!
Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,
Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie
Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,
Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.
Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,
Zazdroszczono domowi, przed którego progiem
Stanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka,
Która się po francusku zwała karyjulka.
Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,
A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;
Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,
W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki,
Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.
Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,
A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie
Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.
Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;
Dosyć, że się nam zdawał małpą lub papugą,
W wielkiej peruce, którą do złotego runa
On lubił porównywać, a my do kołtuna.
Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie
Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,
Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza
Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!
Taka była przesądów owoczesnych władza!
"Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,
Cywilizować będzie i konstytuować;
Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni
Zrobili wynalazek, iż ludzie są rowni.
Choć o tym dawno w Pańskim pisano zakonie
I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.
Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!
Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,
Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,
Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.
Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;
Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,
A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.
Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,
Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;
Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,
Demokrata przyjechał z Paryża baronem;
Gdyby żył dłużej, może nową alternatą
Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.
Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,
A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.
Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież
Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,
Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach
Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.
Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,
Nie daje czasu szukać mody i gawędki.
Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,
Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;
Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!
Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.
Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką
W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!
Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!
Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),
Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;
Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"
"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie
(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -
Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy
Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy
Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?
Są tu świeccy, do których nic to nie należy".
Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników
Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;
Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,
Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.
Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,
Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:
"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy
O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!
He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -
Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!
Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,
Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.
Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,
Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.
Ruskie przysłowie: Z kim się biję, tego lubię;
Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.
Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora
Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:
Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,
Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!
Bez Suwarowa to on może nas wytuza.
U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,
Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów
Czarował; tak i były czary przeciw czarów.
Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -
A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;
Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,
Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.
Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."
Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą
Wszedł służący i raptem boczne drzwi otwarto.
Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;
Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,
Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;
Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.
Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,
Suknię materyjalną, różową, jedwabną,
Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki
Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki
(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty
Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.
Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,
W pukle i przeplatane różowemi wstęgi,
Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,
Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -
Słowem, ubior galowy; szeptali niejedni,
Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.
Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,
Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,
Jako osobki, które na trzykrólskie święta
Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.
Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,
Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.
Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:
Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,
Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;
Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,
A potem między rzędem siedzących i stołem
Jak bilardowa kula toczyła się kołem.
W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;
Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,
Pośliznęła się nieco i w tym roztargnieniu
Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.
Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swym siadła
Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,
Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek
Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek
Poprawiała, to lekkiem dotknięciem się ręki
Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.
Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.
Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,
A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;
Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.
Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,
Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,
Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił
I utrzymywał, że on zająca pochwycił;
Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,
Że ta chwała należy chartu Sokołowi.
Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła
Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,
Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.
Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki
Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,
Niepodobna wieczerzy na później odkładać:
Goście głodni, chodzili daleko na pole;
Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole."
To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu
O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.
Gdy tak były zajęte stołu strony obie,
Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:
Przypomniał, że za pierwszem na miejsce wejrzeniem
Odgadnął zaraz, czyjem miało być siedzeniem.
Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;
Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!
Więc było przeznaczono, by przy jego boku
Usiadła owa piękność widziana w pomroku.
Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,
Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.
I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,
A u tej krucze, długie zwijały się sploty?
Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,
Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.
Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,
Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;
Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,
Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;
U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;
W wieku może by była największa różnica:
Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,
A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;
Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,
Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,
Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,
A niewinnemu każda kochanka dziewicą.
Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście
I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,
Miał za dozorcę księdza, który go pilnował
I w dawnej surowości prawidłach wychował.
Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne
Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,
Ale razem niemałą chętkę do swywoli.
Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli
Używać na wsi długo wzbronionej swobody;
Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,
A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.
Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie
Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,
Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.
Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:
Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,
Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,
Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.
On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;
Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,
Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;
Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.
Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,
Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,
I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek
Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.
Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety
Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.
Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,
Jego ramiona silne, jego pierś szeroką
I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,
Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:
Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął
I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.
Również patrzyła ona i cztery źrenice
Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.
Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;
Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,
O autorów pytała Tadeusza zdania
I ze zdań wyciągała na nowo pytania;
Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,
O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!
Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;
Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,
Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,
I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.
Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;
Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,
Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:
O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,
I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,
By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.
Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,
W pół godziny już byli z sobą poufali;
Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.
W końcu stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:
Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;
Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,
Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,
Kogo owa szczęśliwsza gałka oznaczała.
Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,
Bo tam, wzmogłszy się nagle, stronnicy Sokoła
Na partyję Kusego bez litości wsiedli:
Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.
Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,
A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:
Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoją tokował
I gestami ją bardzo dobitnie malował.
(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,
Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).
Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,
Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,
Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.
Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem
Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki
Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;
Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,
Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole
I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),
Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;
Sokoł smyk naprzód! rączy pies, lecz zagorzalec,
Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;
Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,
Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;
Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,
Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,
A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,
Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy
Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,
Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony
I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.
Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem
Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,
Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,
Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,
Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem
Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,
I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.
Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:
"Prawda" - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,
Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."
"Chwytny? - krzyknął pan Rejent.- Mój pies faworytny
Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu
Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,
Żałował, że go tylko widział idąc z lasu
I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.
Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,
Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.
Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy
Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,
Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,
Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.
Tak dowcipne żarciki umiał komponować,
Iżby je w kalendarzu można wydrukować:
Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,
Schedę ojca swojego i majątek bratni,
Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;
Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.
Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,
Już to że odgłos trąbki i widok obławy
Przypominał mu jego lata młodociane,
Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;
Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,
I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.
Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,
Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:
"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...
Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,
A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?
Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.
Choć pani Telimena mieszkała w stolicy
I bawi się niedawno w naszej okolicy,
Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:
Tak to nauka sama z latami przychodzi".
Tadeusz, na którego niespodzianie spadał
Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,
Lecz patrzył na rywala coraz straszniéj, srożéj...
Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.
"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił
I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:
Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,
A w środku jej był portret króla Stanisława.
Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,
Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;
Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;
Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.
On rzekł:
"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!
Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,
Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję
I posiedzenie nasze na jutro solwuję,
I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.
Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.
Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,
I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,
I pani Telimena, i panny, i panie,
Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;
I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".
To mówiąc tabakierę podawał starcowi.
Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,
Słuchał, zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,
Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,
Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.
On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył
W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;
Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,
I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:
"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!
Cóż by to o tem starzy mówili myśliwi,
Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie
Mają sądzić się spory o charcim ogonie;
Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?
Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!
Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,
Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary
I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,
I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,
A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.
Nikt go na polowanie uprosić nie może,
Białopiotrowiczowi samemu odmówił!
Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?
Piękna byłaby sława, ażeby pan taki
Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!
Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim
Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,
A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów
Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;
Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki
Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrót cienki!
Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,
Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;
Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze
I na konikach małe goniły panicze
Przed oczami rodziców, którzy te pogonie
Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!
Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy
Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,
Że nie mogę na takie jechać polowanie
I nigdy na niem noga moja nie postanie!
Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha
Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".
Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.
Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;
Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;
Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;
Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,
Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,
Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,
A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.
Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,
A czuł się pomięszany, zły i niewesoły,
Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:
Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,
A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha
Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.
Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać
O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;
Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy
Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,
Urządzając we dworze izby do spoczynku.
Starsi i damy spały we dworskim budynku,
Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,
W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.
W pół godziny tak było głucho w całym dworze
Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;
Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.
Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:
Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę
W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.
Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,
Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,
I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,
Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.
Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,
Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,
Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,
Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;
Pas taki można równie kłaść na strony obie:
Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.
Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;
Właśnie tem się zatrudniał i kończył tak gadać:
"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?
Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,
Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.
My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,
I mimo całą strony przeciwnej zajadłość
Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.
Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,
Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;
Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:
Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".
Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,
Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,
Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,
Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.
Była to trybunalska wokanda: tam rzędem
Stały spisane sprawy, które przed urzędem
Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał
Albo o których później dowiedzieć się zdołał.
Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,
Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.
Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,
Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogirdem,
Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,
Obuchowicz z kahałem, Juraha z Piotrowskim,
Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia
Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia
Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,
I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;
I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,
W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;
Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła
Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" - woła.
Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału
Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.
Takie były zabawy, spory w one lata
Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata
We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,
Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,
Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,
Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,
Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,
W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor
Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,
Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu
Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów
Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,
Które broniły Litwę murami żelaza
Przed wieścią, dla Rosyi straszną jak zaraza.
Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,
Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,
Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,
Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.
Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy
Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,
Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,
Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,
Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała
Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,
Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał
I dziwniejsze od baśni historyje gadał.
On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski
Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,
Jak on rodaków zbiera na lombardzkim polu;
Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu
I,zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów
Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;
Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,
Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie
Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju
Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.
Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;
Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,
Lasami i bagnami skradał się tajemnie,
Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie
I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,
Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"
Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia
I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"
Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,
Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,
Mierzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,
Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;
Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,
I dobra, które na skarb carski zabierano.
Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru
Przyszedł i kiedy bliżej poznał panów dworu,
Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;
Tam stała wypisana i liczba żołnierza,
I nazwisko każdego wodza legijonu,
I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.
Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina
Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;
Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,
Po kim była żałoba, tylko zgadywano
W okolicy; i tylko cichy smutek panów
Lub cicha radość była gazetą ziemianów.
Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:
Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;
Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina
Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna
Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze
Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.
Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,
Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni
I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału,
Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.
Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,
Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.
Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami
Od ołtarza do ludu, by mówić:,,Pan z wami",
To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,
Jakby ,,prawo w tył" robił za wodza rozkazem,
I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem
Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;
Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.
Spraw także politycznych był Robak świadomszy
Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,
Często zastanawiał się w powiatowym mieście;
Miał pełno interesów: to listy odbierał,
Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,
To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,
Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą
Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał
I okoliczne wioski dokoła wydeptał,
I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,
A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.
Teraz Sędziego, który już spał od godziny,
Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.
streszczenie:
Księga pierwsza: Gospodarstwo
„Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza otwiera słynna inwokacja, która kierowana jest do ojczyzny autora-narratora, czyli Litwy (stanowiącej do czasów rozbiorów część Polski). W pierwszych wersach autor zwraca się do Litwy na wzór tego, w jaki sposób robił to Jan Kochanowski do zdrowia, w swojej słynnej fraszce „Na zdrowie”. W ten sposób zwraca swoim czytelnikom uwagę, jak cenną wartością jest ojczyzna, której obecność docenia się, dopiero gdy się ją straci. Litwa prezentowana jest tutaj jako kraj szczęśliwego dzieciństwa, który utracony powoduje poczucie nieodżałowanej straty.
Treść zewnętrzna
W kolejnych wersach narrator zwraca się do Matki Boskiej Częstochowskiej i Matki Boskiej Ostrobramskiej prosząc je o opiekę i możliwość powrotu do ojczyzny. Po tej prośbie wspomina kraj swoich lat dziecięcych, odmalowuje łany zboża, pachnące łąki, zatrzymuje uwagę na tych najbardziej malowniczych i jednocześnie ważnych dla niego miejscach.
Narrator „Pana Tadeusza” koncentruje swoją uwagę na typowym dworku szlacheckim, który jest bardzo atrakcyjnie położony. Stoi na niewielkim pagórku, otoczony jest urodzajnymi polami, niedaleko płynie strumień. Jest to charakterystyczny polski dworek, zbudowany z drewna, ale podmurowany. Wokół niego rosną brzozy i topole. Prezentuje się okazale, stanowi tym samym symbol dobrobytu, jaki jest udziałem jego mieszkańców. Brama dworku jest stale otwarta, co stanowi symbol gościnności dworu, który zaprasza do wnętrza każdego przechodnia.
Do tegoż to dworku po latach nieobecności wynikających z wyjazdu do szkół wraca dwudziestoletni Tadeusz Soplica. To młody panicz, spadkobierca Sędziego, który przez 10 lat uczył się poza Soplicowem. Przekonany, że zaraz rzuci się najbliższej rodzinie w ramiona, jest zaskoczony, kiedy nikt nie wychodzi mu na powitanie. Nie zastaje w domu nikogo. Nawet drzwi od ganku są zamknięte. Na szczęście młody potrafi sobie w tej sytuacji poradzić i wchodzi do środka. Przygląda się uważnie otoczeniu, próbując odtworzyć w pamięci, jak wyglądała ta przestrzeń, kiedy ją opuszczał. Ogląda więc całe wyposażenie, łącznie z wiszącymi na ścianach portretami polskich mężów: Tadeusza Kościuszki, Tadeusza Rejtana, Jakuba Jasińskiego, Tadeusza Korsaka. W pobliżu stoi także zabytkowy zegar kurantowy, który po pociągnięciu za sznurek sprawia, że w salonie rozbrzmiewa Mazurek Dąbrowskiego. Tadeusz kieruje się pewnie do swojego byłego pokoju i zszokowany spostrzega, że jest to obecnie przestrzeń kobieca. Przez okno widzi młodą dziewczynę, która ma na sobie jedynie poranną białą koszulę.
Dziewczyna szybko wbiegła do pokoju, ale kiedy tylko zobaczyła w nim Tadeusza, jeszcze szybciej z niego wybiegła. Nie dała mu nawet szans się usprawiedliwić. Mężczyzna nie był pewien, czy spotkanie to powinno go cieszyć, czy zawstydzać, z pewnością jednak sprawiło, że jego serce zabiło szybciej.
Przez ten czas, kiedy Tadeusz „zwiedzał” szlachecki dworek, zorientowano się w końcu, że przybył on do domu rodzinnego. Zawiadomiono o jego pojawieniu się Wojskiego, który był co prawda dalszą rodziną Tadeusza, ale i wielkim przyjacielem najbliższych mu opiekunów. Wojski jako pierwszy wita dwudziestoletniego Tadeusza Soplicę w domu, czyniąc to z otwartymi ramionami. Okazuje się, że zarządza on folwarkiem pod nieobecność Sędziego. Cieszy się, że Tadeusz idealnie wybrał moment pojawienia się, bo właśnie szykowana jest wieczerza, na której będzie sporo gości. Tadeusz z Wojskim wychodzą Sędziemu na spotkanie. Sędzia Soplica to wuj Tadeusza i gospodarz dworu. Tadeusz wita się z nim, a potem z całym, niemałym towarzystwem. Wojski stara się zrelacjonować Tadeuszowi, co działo się w Soplicowie, kiedy go nie było. Po długich powitaniach wszyscy w końcu wracają do dworku. Sędzia jest dobrym gospodarzem, idzie więc jeszcze dojrzeć inwentarz.
Gości natomiast przyjmują Wojski i woźny Protazy. Ten ostatni chwilę wcześniej rozkazał, by stoły z jedzeniem zostały przeniesione do wiekowego zamku. Wojski jest niezadowolony, ponieważ nie wyraził na to zgody, a poza tym zamek jest przestrzenią sporu Sopliców z Hrabią, który jest spadkobiercą rodziny Horeszków, do której wcześniej należał zamek.
Przestrzeń zamku przypomina kościelny refektarz i robi ogromne wrażenie na przybyłych. Nad przestrzenią góruje herb Horeszków – na suficie znajdują się półkozice. Zasiadanie przy stole odbywa się zgodnie z hierarchią obowiązującą wśród gości, hierarchią, którą wyznaczają przede wszystkim wiek i zajmowane stanowisko. Najważniejsze miejsce zajmuje Podkomorzy, dalej Kwestarz, potem Sędzia Soplica. Ten ostatni zauważa, że Tadeusz siedzi zamyślony, zamiast – zgodnie z panującym na Litwie zwyczajem – służyć kobietom. Wygłasza więc przemówienie dotyczące grzeczności, które podejmuje Podkomorzy skupiający się z kolei na trosce o polskość. Jest to wypowiedź dość krytyczna w stosunku do wszelkich mód, które mogą mieć na patriotyzm wpływ negatywny, które – zdaniem Podkomorzego – miały wpływ na utratę niepodległości przez Polskę. Podkomorzy zwraca się już bezpośrednio do Księdza Robaka. Pyta go, czy w listach z zagranicy, które otrzymuje, nie ma może najważniejszych informacji o wojskach Napoleona. Zakonnik odpowiada mu jednak, że otrzymuje jedynie listy z zakonu, a znaczenie tej wypowiedzi podkreślił wymownym spojrzeniem na siedzącego niedaleko kapitana Rykowa, Moskala, który także był gościem Sędziego.
Podkomorzy przy kolejnym daniu upomina młodych, że sam musi opiekować się kobietami. Wtóruje mu Sędzia, który zauważa, że może i młodzi mają dzięki edukacji większą wiedzę od starszych od siebie, ale nie zostają pozbawieni przestrzeni, gdzie mogliby się uczyć zwyczajów. Podkreśla, że on u ojca Podkomorzego nauczył się uprzejmości, którą stara się stosować do chwili obecnej.
Przy czwartym daniu na sali pojawia się Telimena, przepięknie ubrana w zgodzie z najnowszą modą. Wdzięcznie wita się ze wszystkimi, natomiast zajmuje miejsce przy Tadeuszu. Ten zaś bierze ją za spotkaną wcześniej mieszkankę jego dawnego pokoju. Zwraca ona jego uwagę, dzieje się to z wzajemnością. Telimena inicjuje rozmowę z Tadeuszem po francusku, pytając między innymi o literaturę. W tym samym czasie na drugim krańcu stołu trwa dyskusja między zwolennikami psa Rejenta – Kusego a tymi kibicującymi Sokołowi – psu Asesora. Nie ma pomiędzy nimi zgody, który z psów właściwie tego dnia upolował zająca. Ostatecznie o rozstrzygnięcie przez Asesora poproszona zostaje Telimena. W ten sposób Tadeusz dowiaduje się, że kobieta jest jego ciotką. Spór ostatecznie łagodzi jednak nie ona, a Podkomorzy. Proponuje on wznowienie polowania na zająca w dniu następnym.
Tadeusz razem z innymi młodymi gośćmi udaje się do stodoły. Ma dopilnować przygotowania dla nich miejsc do spania. Zamiast jednak skupiać się na obowiązkach, cały czas rozmyśla o Telimenie. Mocno zmieszała go informacja o niej jako jego „cioci”. Chciał kogoś o nią zapytać, ale nie bardzo wiedział, do kogo mógłby się zwrócić.
Księgę wieńczą rozważania narratora dotyczące walk prowadzonych przez Napoleona. Opis śpiącego dworu jest tylko pretekstem do tego, by zastanawiać się nad niepewnym losem jego żołnierzy. Narrator informuje, że sporo młodych próbuje się dostać do Księstwa Warszawskiego, by zapisać się do wojska lub walczyć w konspiracji. Jednym z wysłanników Napoleona na terenie Litwy ma być ksiądz Robak, który świetnie orientuje się w bieżącej polityce, mimo że nie ujawnia się z tą wiedzą wprost. Rozmawia on przede wszystkim z Sędzią, ale potem nowiny dziwnym sposobem rozchodzą się po całej okolicy. Właśnie wieczorem pojawia się on u Sędziego. Narrator nie przytacza jednak rozmowy między Robakiem a Sędzią.
Księga druga: Zamek
Kolejnego dnia wszyscy zmierzają na polowanie z chartami. Tadeusz jednak śpi. Budzi go ksiądz Robak. Podkomorzy przewodzi polowaniu. Pościg ma ostatecznie rozstrzygnąć spór między Sokołem i Kusym. Kiedy całe towarzystwo wyjedzie z dworu, przyjeżdża tam Hrabia. Mężczyzna spóźnił się na polowanie, ponieważ zatrzymał się przy budowli, która oświetlona promieniami zachwyciła go i zmusiła do postoju. Hrabia, próbując dogonić polujące towarzystwo, natyka się na Gerwazego – starego klucznika, ostatniego żyjącego sługę Horeszków. Pyta on Hrabiego o proces z Sędzią, który dotyczy zamku. Hrabia informuje go, że jest już zmęczony przeciągającym się procesem, dlatego jest gotowy Sędziemu zamek odsprzedać. Gerwazy jest wściekły, nie chce zaakceptować takiego pomysłu. Decyduje się zaprosić Hrabiego do zamku i opisać mu tę budowlę za czasów jej największej świetności. Przy okazji opowiada także historię rodziny, umiejętnie wsączając w nią najważniejsze informacje dotyczące konfliktu między Soplicami a Horeszkami. Najważniejszym elementem tej opowieści jest historia Stolnika Horeszki, jego córki i miłości Jacka Soplicy.
Gerwazy informuje Hrabiego, że właściciel zamku, Stolnik Horeszko początkowo miał bardzo dobre relacje z Jackiem Soplicą. Przyczyną znajomości była przede wszystkim chęć uzyskania przez Stolnika od młodego Soplicy poparcia na sejmikach. Młody Soplica, zwany „Wojewodą” zwrócił jednak uwagę na córkę Stolnika. O rękę dziewczyny zabiegało wielu młodych szlachciców z okolicy. Jacek był przekonany, że dzięki poparciu, jakie ma on u okolicznej szlachty, stanie się dla Horeszki atrakcyjnym kandydatem na zięcia. Kiedy Stolnik zorientował się w intencjach Jacka, podał mu czarną polewkę, która była bardzo czytelnym znakiem odmowy prawa do ubiegania się o rękę córki. Mimo że młody Soplica podobał się pannie, to nie ujawniła ona swoich uczuć. Jacek został więc odprawiony z niczym. Kilka dni później na zamek Horeszki napadli Moskale. Zamek udało się obronić, jednak z walce zginął sam Stolnik. Gerwazy informuje jednak, że zabili go nie Rosjanie, a właśnie Jacek Soplica. Gerwazy, który był przy swoim panu w tamtym momencie przysiągł zemstę. Wymordował więc w pojedynkach większą część rodu Sopliców.
Sama historia, jak i sposób jej opowiadania przez Gerwazego zrobiły na Hrabim ogromne wrażenie. Mężczyzna będący pod wpływem popularnej wtedy literatury, wrażliwy na artystyczną wymowę przywołanych wydarzeń, przysiągł, że w takim razie zamku Soplicom nie odda. Wrażenie było jednak ulotne, kiedy tylko usłyszał bowiem odgłosy polowania, chciał już do niego dołączyć.
Po raz kolejny Hrabia się jednak zatrzymał. Dostrzegł bowiem w sadzie dziewczynę ubraną jedynie w bieliźnianą koszulę. Dziewczyna zrobiła na nim ogromne wrażenie. Obserwował ją z ukrycia, wydawała mu się bowiem bardziej zjawą niż realną kobietą. Dziewczyna była przepiękna i Hrabia spędziłby kolejne minuty na jej obserwacji, gdyby z zamyślenia brutalnie nie wyrwał go ksiądz Robak. Zakonnik w bardzo jednoznacznych słowach dał Hrabiemu do zrozumienia, że nie ma w tym ogrodzie żadnego owocu, który byłyby przeznaczony dla niego. Po tej wypowiedzi ksiądz odszedł, a jedynym śladem po dziewczynie był już tylko porzucony koszyk.
Następuje przerwa w polowaniu, więc wszyscy udają się na śniadanie do dworu. Śniadanie jest podawane na stojąco, a zebrani dzielą się na dwie grupy. Jedna toczy dyskusje polityczne, a druga zajmuje się bieżącymi utarczkami, w tym kontynuacją sporu Asesora z Rejentem. Ten spór ponownie pozostaje nierozstrzygnięty, ponieważ oba charty wracają bez zająca. Tadeusz, rozmawiając z Telimeną, dowiaduje się, że określenie jej ciotką to wyłącznie wyraz grzeczności, ponieważ w rzeczywistości nie są ze sobą spokrewnieni.
Telimena opowiada zgromadzonym historię ze swojego pobytu w Rosji dotyczącą tego, jak psy sąsiada zagryzły jej ukochaną suczkę, którą podarował jej książę Sukin. Po tym wydarzeniu zjawił się jednak Wielki Łowczy Dworu, który chcąc poprawić Telimenie humor, wmówił właścicielowi psów, że zagryzły one łanię, która spodziewała się młodych. Mężczyzna trafił więc na miesiąc aresztu. Był to przykład nieustępliwości carskich urzędów, który rozbawił towarzystwo. Telimena coraz większą uwagę zwracała na Tadeusza, ale ich wzajemne zaloty przerwał Wojski uganiający się za muchami z packą w ręce.
Zaraz jednak na nowo wybucha konflikt między Asesorem i Rejentem, więc Wojski musi interweniować. Pomaga w tym ksiądz Robak. Wojski, chcąc zwrócić uwagę towarzystwa na inny temat, opowiada historię o wybitnych łowczych. Przypomina w ten sposób, że konflikty między nimi kończyły zakłady i namawia do tego samego zwaśnionych rywali. Rejent wystawia więc rumaka z wyposażeniem, Asesor – złote obroże z jedwabną smyczą. Telimenę nudzą jednak te spory i proponuje grzybobranie. Jako pierwszy rusza za nią Tadeusz. Sędzia szczęśliwy z przerwania nużącej dyskusji proponuje nagrodę dla osoby, która zbierze najwięcej grzybów. Będzie mogła ona wybrać sobie towarzysza lub partnerkę na wieczorną uroczystość.
Księga trzecia: Umizgi
Hrabia początkowo chciał wrócić do swojego domu, ale nie opuszczało go wspomnienie tajemniczej dziewczyny, którą zobaczył w ogrodzie. Cały czas oglądał się za siebie, licząc, że może pojawi się ona jeszcze w ogrodzie. Zszedł więc z konia, odesłał sługi, a sam zaczął się skradać w stronę sadu. Udało mu się dzięki temu znów zobaczyć dziewczynę. Ta zaś, kiedy go spostrzegła, chciała uciec, ale ponieważ były wokół niej dzieci, nie mogła ich opuścić. Hrabia rozpoczął rozmowę, która szybko pokazała mu, że nie ma do czynienia ze świtezianką, ale dziewczyną, która ma swój rozum. Kobieta szybko pożegnała się i odeszła razem z dziećmi.
Hrabia postanowił więc zajrzeć na śniadanie do dworu Sopliców. Zobaczył wszystkich jednak w pobliskim lasku. Zdziwiło go to, więc postanowił sprawdzić, co się dzieje. Grzybobranie zaś trwało w najlepsze. Grzybów było pełno, więc towarzystwo miało co robić. Polowano jednak przede wszystkim na rydze. Inicjatorka pomysłu – Telimena grzybami się jednak wydawała średnio zainteresowana. Szukała miejsca, w którym mogłaby odpocząć, więc odeszła na polanę obok strumienia. Uznała miejsce za Świątynię Dumania. Położyła się na swoim czerwonym szalu. W takiej pozie wypatrzył ją Tadeusz, który powoli zmierzał w jej kierunku. Dostrzegł to jednak Sędzia, który ubiegł bratanka i przeciął mu drogę, bo sam miał sprawę do Telimeny. Chciał porozmawiać o projekcie wydania Zosi za Tadeusza. Telimena była oburzona tym pomysłem, ale dopuściła taką ewentualność, pod warunkiem że pary nikt nie będzie na siłę ze sobą kojarzył.
Kiedy Sędzia odszedł, do Telimeny ponownie zaczął się zbliżać Tadeusz. Z przeciwnej strony nadchodził jednak Hrabia, który wcześniej szkicował scenę sporu między Sędzią i Telimeną. Teraz podszedł on do kobiety, aby pokazać jej swoje prace. Telimena, jako osoba uchodząca za znawczynię sztuki, niespecjalnie Hrabiego chwaliła, ale jednocześnie zachęcała go do dalszych prób. Hrabia i Telimena zgadzają się, że sztuce służy jedynie zagraniczny nastrój, a rodzimy krajobraz nie zachęca do artystycznych prób. Narrator tym wnioskom się przeciwstawia, zwracając uwagę na piękno litewskiej puszczy. Dyskusji tej przysłuchuje się Tadeusz. Jest poirytowany, ponieważ podobnie jak narrator dostrzega piękno otaczającej go przestrzeni. Nie zgadza się z Hrabią, że do malowania potrzebny jest włoski nieboskłon, podpowiada Hrabiemu, że brak utrwalenia rodzimego krajobrazu z pewnością zostanie dostrzeżony przez sąsiadów. Hrabia ponownie zaczyna szkicować, ale pracę przerywa dzwonek na obiad. Telimena podaje mu niezapominajki, ale jednocześnie podsuwa karteczkę i klucz Tadeuszowi. W ten sposób Telimena uwodzi Tadeusza.
Wszyscy oprócz Tadeusza, Hrabiego i Telimeny wracają do dworu z koszami grzybów. Wojski chwali się muchomorem. Obiad przebiega w przyjaznym klimacie, choć widać, że Sędzia (zaskakująco małomówny) ma jakiś problem. Ucztowanie przerywa wiadomość o niedźwiedziu widzianym w borze. Zapada decyzja o polowaniu w puszczy, które zaplanowane zostaje na następny dzień. Przewodzić ma mu Wojski. Zmęczeni wrażeniami goście tego dnia idą wcześnie spać.
Księga czwarta: Dyplomatyka i łowy
Narrator wspomina o pięknie litewskich krajobrazów. Opisuje lasy i odbywające się w nich polowania. Na podwórku Sopliców właśnie trwają ostatecznie przygotowania do łowów. Wszyscy są zajęci, więc nikt nie dostrzega braku Tadeusza, który jeszcze śpi. Budzi go w końcu dziewczyna, którą Tadeusz widział pierwszego dnia swojego przyjazdu. Dziewczyna puka z okno, kiedy udaje jej się w ten sposób obudzić Tadeusza, ucieka jednak. Rozbudzony Tadeusz udaje się do gospody Jankiela, gdzie mieli się spotkać organizujący obławę na niedźwiedzia.
W karczmie toczą się dyskusje dotyczące bardzo różnych tematów. Przede wszystkim rozmawia się o polityce, głównie o Napoleonie i związanych z nim działaniami Polaków, którzy się zbroją. Narrator zwraca uwagę, że karczma jest umiejętnie podzielona tak, aby kolejne jej przestrzenie oddawały hierarchię mieszkańców okolicy. Jest osobne miejsce dla pań, osobne dla drobnej szlachty. Przypomina się także o tym, że podczas chrzcin, ślubów oraz innych biesiad sam Jankiel grał na cymbałach i śpiewał pieśni narodowe. W tej chwili do karczmy wkracza Robak. Wykorzystując naradę, ksiądz Robak opowiada o sukcesach Napoleona, a jednocześnie przypomnieć o wielkich polskich wodzach, takich jak gen. Dąbrowski. Robak częstował zgromadzonych tą samą tabaką, której podobno i ten wielki Polak zażywał. Jak opowiada ksiądz Robak, jest to wyjątkowa tabaka – jej zawartość pochodziła spod Jasnej Góry, na spodzie tabakiery jest natomiast scena prezentująca Napoleona z jego wojskiem. Robak może więc szybko przejść do osoby cesarza: wskazuje, że sam Napoleon ma zwyczaj zażywania tabaki przed walką.
Robak jednak nie jest zainteresowany przede wszystkim portretowaniem Napoleona, ale zyskaniem sobie uwagi kolejnych osób, które mógłby „zrekrutować” na rzecz walki o wspólną sprawę. Przypomina, że bierne czekanie na to, że Napoleon rozwiąże za nas nasze problemy niewiele pomoże. Robak zwraca uwagę, że wiele zależy od tego, czy sami Polacy wezmą odpowiedzialność za swój los i zaczną się organizować. Przemowę księdza przerywa pojawienie się Tadeusza, którego bernardyn widzi za oknem cwałującego na koniu w kierunku puszczy.
Narrator opisuje fragment boru, który znajduje się za jeziorem. Tutaj, w mateczniku – jak określają go mieszkańcy – zwierzęta mogą żyć w spokoju. Niestety, jednak jeśli zwierzę wypuszcza się poza matecznik, ma niewielkie szanse na przeżycie, jak niedźwiedź, na którego właśnie odbywało się polowanie. Trwa pościg, którym kieruje Wojski. Niestety, kiedy zwierzę zostaje wytropione, strzelcy rzucają się do przodu. Zwierzę jest ranne, ale rusza w kierunku Wojskiego, Tadeusza i Hrabiego. Rzuca się do ataku na tych dwóch ostatnich. Łapą zaczepia o głowę Hrabiego. Zarówno on, jak i Tadeusz oddają strzały, jednak obaj chybiają. Strzelają Rejent, Asesor i Gerwazy i w końcu niedźwiedź pada martwy. Wojski odgrywa na bawolim rogu pieśń, która jest popisem mistrzostwa. To prawdziwa muzyczna opowieść o polowaniu w puszczy.
Wybucha kolejny konflikt między Asesorem a Rejentem. Tym razem mężczyźni kłócą się o to, który z nich dobił ostatecznie zwierzę. Wojski opowiada o podobnej historii, która przydarzyła się Domeyce i Doweyece. Opowieść tę przerywa Gerwazy, który wyjmuje z głowy niedźwiedzia nabój. Należy on do strzelby, z której strzelał ksiądz Robak. Odebrał on broń Gerwazemu, który nie wystrzelił, bo bał się zranić Hrabiego. Okazuje się, że nie da się wznieść przy nim toastu, ponieważ Robak się błyskawicznie oddala z miejsca wydarzeń. Wszyscy wracają do domu, a Wojski ma okazję dokończyć swoją historię, która kończy się przekonaniem, że przyczyną wszystkich waśni między Domeyką i Doweyką było podobieństwo nazwisk. Skłóconych miało rozsądzić strzelanie do siebie z dystansu niedźwiedziej skóry. Chwyt Wojskiego był na tyle skuteczny, że przyjaciele się pogodzili, a nawet wzięli za żony swoje siostry, podzielili się majątkiem na pół, a na pamiątkę sporu założyli zajazd „Niedźwiadek”. Opowieść przerywa zając, za którym w nieskuteczny po raz kolejny pościg ruszają Kusy i Sokół.
Księga piąta: Kłótnia
Osamotniona we dworze Telimena zastanawia się nad tym, jak usidlić zarówno Hrabiego, jak i Tadeusza. Nie jest jednak pewna, czy uda się jej zwrócić uwagę Hrabiego ze względu na swoje bogactwo. Tadeusza postrzega jako prostego i uczciwego mężczyznę, który jednak jest od niej znacznie młodszy, co może się nie podobać towarzystwu. Ostatecznie dochodzi jednak do wniosku, że Hrabiemu podsunie Zosię. Związek ten byłby dla Telimeny sprawującej opiekę nad Zosią zabezpieczeniem na starość. Po tym, jak podejmuje tę decyzję, przywołuje do siebie Zosię i zawiadamia ją, że musi ona w końcu zdobyć obycie towarzyskie. Telimena decyduje, że Zosia zostanie przedstawiona gościom, którzy przebywają w Soplicowie. Zosia się bardzo cieszy, Telimena wyjaśnia jej, że świadomie wcześniej jej nie pokazała światu, aby wywołać dodatkowe zaintrygowanie jej osobą. Teraz jednak przyszedł czas na zmiany. Telimena gani Zosię, że nie przystoi jej już zajmowanie się ptactwem i zabawa z dziećmi. Organizuje przygotowania Zosi do tego ważnego w jej życiu wydarzenia, odpowiednio stroi dziewczynę, przy okazji zwraca uwagę na postawę. Zosia obiecuje, że się poprawi, w końcu nie miała gdzie do tej pory zdobyć ogłady. Telimena prosi ją, aby była szczególnie miła dla Hrabiego. Tadeusz poznaje Zosię. Mężczyzna jest wyjątkowo zmieszany, ponieważ zdaje sobie sprawę, że tajemniczą mieszkanką jego byłego pokoju nie była Telimena a Zosia. Uświadamia sobie również, że to dziewczyna obudziła go na polowanie. Jest poddenerwowany, co widzi Telimena i próbuje ustalić, z jakiego powodu jego nastrój się zmienia, na jej wyrzuty Tadeusz reaguje jeszcze większą irytacją i wychodzi z domu. Trafia do „Świątyni Dumania”.
Zastaje tam Telimenę, która siedzi na głazie i płacze. Nagle jednak kobieta się podrywa i zaczyna skakać. Okazuje się, że siedziała w pobliżu mrowiska i teraz mrówki, które zostały się pod jej ubranie zaczynają ją gryźć. Tadeusz spieszy kobiecie z pomocą. Wspólne usuwanie mrówek zbliża parę ponownie do siebie. Do dworu wracają jednak osobno, aby nie dawać towarzystwu przedmiotu do plotek. Kolacja ponownie zostaje zorganizowana na zamku. Odpowiada za to Protazy. Ucztowaniu towarzyszy dość spokojna atmosfera. Jedną z przyczyn nieoczywistego myślenia były popsute humory łowczych, którzy wstydzili, że w walce z niedźwiedziem musiał ich wyręczyć ksiądz. Rejent z Asesorem mieli w pamięci kolejną porażkę swoich chartów, a ten ostatni nie był zadowolony z widoku Telimeny w towarzystwie swoich rywali. Hrabia wynosi natomiast urodę Zosi, próbując sprowokować Telimenę do reakcji. Ona z kolei nadmiernie wręcz afiszuje się z uwagą skierowaną w stronę Tadeusza, który zmieszany wszystkimi wydarzeniami, nie jest z tego powodu szczególnie zadowolony. Tadeusz dostrzega aroganckie zachowanie kobiety, jak również jej wiek, który stara się ona zatuszować makijażem. Jego zdanie o Telimenie zaczyna się stopniowo zmieniać.
Podkomorzy jest niezadowolony, że po raz kolejny młodzi mężczyźni zaniedbują jego córki. Poirytowany jest także Wojski, który nie może zrozumieć panującej wokół ciszy. W końcu przerywa ją i rozpoczyna wypowiedź dotyczącą zwyczajów obowiązujących podczas posiłków i potrzebie rozmowy. Zdaje sobie jednak doskonale sprawę, że przyczyną ciszy jest pokonanie polujących przez księdza. W końcu jednak Sędzia Soplica wznosi toast za Robaka. Informuje, że w związku z tym przeznacza mięso niedźwiedzia na potrzeby zakonu. Skórę po zwierzęciu ma zaś dostać Hrabia. Ten jednak, zamiast się ucieszyć, przypomina sobie o sporze o zamek i informuje zebranych, że skórę przyjmie, ale tylko z zamkiem. W zamku pojawia się Gerwazy, nakręcający co wieczór dwa kurantowe zegary. Wieczerza gości Sędziego nie jest dla niego żadnym argumentem na rzecz zaniechania tej czynności. Jego zachowanie irytuje Podkomorzego, który każe mu się oddalić. Wywiązuje się spór między Gerwazym i Protazym. Tadeusz wyzywa Hrabiego na pojedynek. Ten oddala się razem z Gerwazym. Goście nie chcą ich jednak wypuścić, wywiązuje się bijatyka, ostatecznie Gerwazy wyprowadza Hrabiego z zamku.
Hrabia czuje się upokorzony. Razem z Gerwazym planuje, jak tu najechać dwór Sopliców. Pomysł jest Gerwazego, ale Hrabia daje mu posłuch. Z pomocą przyjść ma szlachta Dobrzyńska, która jest nieprzychylna Soplicom. Gerwazy podejmuje się ich rekrutacji. Hrabia się oddala, Gerwazy idzie na wartę. Słudze wydaje się, że widzi zjawy dawnych właścicieli zamku. Wyobraża sobie jednocześnie atak na dworek.
Księga szósta: Zaścianek
Następnego dnia gospodarze wychodzą na zbiory. Ruch na gościńcu i na drodze do zaścianków był ogromny. Niepokoił on Robaka, dlatego udał się on do Sędziego. Ten zaś zajęty był pisaniem wezwania sądowego przeciwko Hrabiemu, jak i Gerwazemu. Oskarżał ich przede wszystkim o napaść. Protazy z wezwaniem tym udał się do zamku, ponieważ prawo wymagało, by dostarczyć pozew ustnie tego samego dnia. Kiedy tylko wybrał się w drogę, okazało się, że w Soplicowie plany uległy zmianie. Pojawił się ksiądz Robak, z zupełnie jednak innymi problemami. Przede wszystkim skarżył się na Telimenę, która dawała jego zdaniem zły przykład Zosi. Potyczka z dnia poprzedniego została przez niego także ostro skomentowana. Chciał pojednania między Sędzią a Hrabią, a nie jeszcze większego zatargu. Przyniósł także informację, że brat sędziego, ojciec Tadeusza życzy sobie małżeństwa syna z Zosią i zakończenia tego konfliktu raz na zawsze. Przy okazji Robak sugerował, że całemu narodowi przydałoby się opanowanie, bo walka o niepodległość jest blisko. Ta ostatnia informacja uszczęśliwiła Sędziego. Rozmowa zeszła więc na plany wzniecenia zrywu pod wodzą Sopliców. Do tego jednak potrzebna była jednak zgoda z Hrabią, za którym mogła podążyć do walki spora część szlachty. Sędzia daje się przekonać do pomysłów Robaka, zaznacza jednak, że Hrabia musi do niego przyjść z przeprosinami. Ksiądz wydaje się nieco uspokojony, idzie więc do Hrabiego.
W tym samym czasie do Hrabiego zmierza już także Protazy. Chowa się jednak w konopiach, obawiając się Gerwazego. Czeka, aż Hrabia pojawi się na zewnątrz. Krąży wokół pustego zamku, przypomina sobie wcześniejsze starcia z Hrabią. W ten sposób natyka się na Robaka. Kiedy wchodzą do środka, nie zastają Hrabiego, a rozgardiasz wokół świadczy, że się on bardzo spieszył. Robakowi udaje się dowiedzieć, że Hrabia uzbrojony odjechał do Dobrzynia. Tam zaś mieszkała szlachta małomiasteczkowa, która kiedyś wiele znaczyła w okolicy, ale w wyniku różnych wydarzeń zbiedniała i teraz funkcjonuje jako chłopstwo zaciężne. Rządzi tam Matyjasz Dobrzyński, którego nazywają Maćkiem nad Maćkami lub Kurkiem na Kościele. Jest on człowiekiem inteligentnym, z niemałą wiedzą, doskonałym żołnierzem. Do zaścianka dociera poselstwo od Horeszki. Nikt jednak nie wie, jak ostatecznie odpowiedzieć. Udają się więc z prośbą o radę do Macieja, siedemdziesięciodwuletniego konfederata barskiego.
Księga siódma: Rada
Maciej zostaje powiadomiony, że zbliżają się wojska Napoleona. W domu Maćka trwa ciągle zebranie. Wspomina się tutaj o Francuzach pokonujących Prusaków w 1806 roku. Przypomina się, jak w Poznaniu Dąbrowski mobilizował Polaków do powstania. Bartek przekonuje, że właściwie i dzisiaj należałoby więc dołączyć z gwardią Napoleona do walki przeciwko Rosji. Wszystko zależało jednak od ostatecznego stanowiska Maćka w tej sprawie. Na pytanie, skąd docierają te wieści, Bartek mówi o księdzu Robaku. Wszyscy rwą się do walki. Przewodzi im drugi Maciej, Kropiciel. Prusak nie był jednak tak bardzo przekonany do walki, jak reszta. Chce pozyskać więcej informacji, obawiając się, że to może się źle skończyć. Do walki przekonuje natomiast komisarz z Klecka, Buchman, który przekonywał, że władza pochodzi od społeczeństwa, a nie od Boga. W końcu wyklarowały się dwie grupy, które nie umiały dojść ze sobą do porozumienia. Jedna była za walką, druga – przeciw.
Wszystko przerwało pojawienie się Gerwazego, który poinformował, dlaczego zgromadził szlachtę w Dobrzynie. Przekonuje, że walka cara z cesarzem powinna rozpocząć się od reformy ziemi ojczystej i oczyszczenia rodzimego podwórka. Gerwazy za takiego śmiecia uznaje Sędziego, wobec którego trzeba się zbudować. Akceptacja społeczności przychodzi szybko. Soplicy broni właściwie jedynie Bartek Prusak, który uważa, że Sędzia Soplica jest dobrym panem domu i szlachcicem, a poza tym szanuje chłopów. Ponadto Bartek przypomina o miłości Sędziego do ojczyzny i o tym, że podtrzymuje on stare zwyczaje. W końcu w obronie Sędziego staje także cymbalista Jankiel, który proponuje by odłożyć przygotowania do wiosny, bo wcześniej i tak wojna nie wybuchnie. Zaprasza wszystkich do swojej gospody. Mimo że większość jest gotowa go posłuchać, Gerwazy zamierza się na nich swoim sławnym Scyzorykiem. Wypędza Jankiela z mieszkania. Jeszcze raz buntuje wszystkich przeciwko Soplicy, przypominając także postać Stolnika. Pracuje przede wszystkim na gniewie i zawiści i w końcu udaje mu się osiągnąć swój cel.
Do tego momentu Maciej siedzi nieruchomo. Teraz jednak podkreśla, że powinno się liczyć dobro ogólne, a nie prywatne. Wypędza ludzi ze swojego domu, wytykając im głupotę i zawiść. To trochę studzi zapał gotowych do walki. Tylko jednak na chwilę, ponieważ w tym momencie do zaścianka wjeżdża Hrabia. Wszyscy wychodzą mu na powitanie. To przyśpiesza już tylko decyzję o ataku na Soplicowo. Pijana masa jest gotowa iść za Hrabią. Protestują Maciej i Jankiel. Ten pierwszy odchodzi, mimo że ludzie próbują go na siłę zatrzymać. Gerwazy i Hrabia rozdają już broń, wydają polecenia. W końcu oddział rusza na Soplicowo.
Księga ósma: Zajazd
W Soplicowie powoli zapada wieczór, wokół panuje spokój. Czuć jednak, że to wyłącznie cisza przed burzą. Goście obserwują niezwykłe zjawisko, jakim jest pojawienie się na niebie meteoru. Zosia koncentruje się jednak na koncercie, jaki dają owady. Wojski i Podkomorzy opowiadają o gwiezdnych konstelacjach i tym, jakie ważne wydarzenia historyczne zwiastowały. Niestety z reguły złe, meteory były postrzegane jako negatywny omen. Wojski się martwi, że właśnie teraz komenta pokazała się nad Soplicowem. Przewiduje kłopoty, szczególnie mając w pamięci bijatykę z poprzedniego dnia. Sędzia jest jednak dobrej myśli. Uważa, że to zapowiedź pojawienia się Napoleona na Litwie. W końcu żegna się z gośćmi, ponieważ ktoś prosi o prywatną z nim rozmowę. Wszyscy się rozchodzą. Z Sędzią jednak chce pomówić także Tadeusz. Czeka więc cierpliwie pod drzwiami. W pewnym momencie słyszy szloch. Przez dziurkę od klucza widzi, jak stryj i Robak szlochają i ściskają się jak bracia.
Tadeusz tego nie słyszy, ale od narratora dowiadujemy się, że ksiądz Robak ujawnia swoją prawdziwą tożsamość. Okazuje się, że jest to brat Sędziego, Jacek Soplica – ojciec Tadeusza. Może on się ujawnić, ponieważ od przeora zakonnego uzyskał specjalną zgodę. Prowadzona przez niego misja jest niebezpieczna i może się zakończyć jego śmiercią, dlatego też decyduje się powiedzieć bratu, kim naprawdę jest. Wiedzy tej jednak nie ujawnia Tadeuszowi. Robak udaje się do Dobrzyna, aby uspokoić tamtejszych mieszkańców i stłumić nieco emocje, które tak umiejętnie rozpalił Gerwazy. Jacek Soplica wyznaje więc bratu prawdę, po czym rusza do akcji, wychodząc z dworku przez okno, aby już nikogo po drodze nie spotkać.
Po wyjściu Robaka do Sędziego przychodzi Tadeusz, który informuje stryja, że musi wyjechać poza granice Księstwa Warszawskiego, aby móc się pojedynkować z Hrabią. Na Litwie pojedynki są bowiem zakazane. Ponadto informuje go, że zgodnie z ostatnią wolą swojego ojca chce się przedrzeć do armii polskiej i stanąć do walki. Wuj jest pod wrażeniem deklaracji Tadeusza, ale nie jest do końca pewien, czy to sam patriotyzm przemawia przez Tadeusza. Domyśla się, że istotną przyczyną decyzji bratanka są kobiety. Namawia więc go, aby spróbował się z Hrabią pojednać, bo nikomu teraz dodatkowy rozlew krwi nie jest potrzebny. Jednocześnie Tadeusz w końcu przyznaje się przed Sędzią, że zakochał się w Zosi. Zdaje sobie sprawę, że widział ją dopiero kilka razy. Mówi także o zdobytej gdzie informacji, że stryj planuje ożenić go z córką Podkomorzego. Nie jest tym faktem ucieszony. Sędzia uspokaja go, obiecując, że podejmie próby swatania go z Zosią. Tadeusz jest jednak przekonany, że Telimena – jako jej opiekunka – nie odda mu jej ręki. Marudzenie Tadeusza zaczyna irytować sędziego, który mówi mu w końcu, że nakazuje mu małżeństwo z Zosią. To kończy dyskusję.
Wychodząc od wuja, Tadeusz zastaje w salonie ubraną jedynie w koszulę nocną Telimenę. Kobieta robi mu wyrzuty. Mówi, że najpierw szukał jej towarzystwa, teraz stara się jej unikać. Tadeusz stara się zaprzeczyć. Wskazuje, że boi się, co na całą tę relację powiedzą inni. Nazywa grzechem namiętność, która ich połączyła. Telimena próbuje zatrzymać młodzieńca, mówiąc, że oddała mu już serce, odda więc też majątek. Tadeusz informuje ją jednak, że nie może zostać w Soplicowie, ponieważ wolą jego ojca było, aby wstąpił do wojska. Informuje Telimenę, że następnego dnia wyjeżdża i nic nie jest w stanie wpłynąć na jego decyzję. Telimena chce się dowiedzieć więc, czy Tadeusz kiedykolwiek ją kochał. Próbuje na młodzieńcu wymusić wyznanie miłosne. Ten jednak jest bardzo uparty. Mimo że kobieta zaczyna szlochać, Tadeusz informuje ją, że bardzo ją lubi, ale że za mało czasu spędzili wspólnie, aby uczucie to można było nazwać miłością. Komplementuje jednak kobietę, deklarując, że chwile, które z nią spędził były dla niego miłe i urocze. Obiecuje kobiecie, że jej nie zapomni. Tadeusz jest poirytowany nieustępliwością Telimeny i jej napastliwością, natomiast jednocześnie zdaje sobie sprawę, że to on skrzywdził Telimenę. Obawia się również, że wchodząc w relację z nią, zamknął sobie drogę do szczęścia, jakim w tej chwili wydawał mu się związek z Zosią. Tadeusz jest głęboko niepocieszony, myśli nawet o samobójstwie. Biednie nad staw. Telimena jest oburzona i rozgniewana, ale nie chce dopuścić, aby młody chłopak coś sobie zrobił. Próbuje mu więc przeszkodzić. Brzegiem stawu, z drugiej strony nadjeżdża Hrabia, który widząc biegnącego Tadeusza, daje rozkaz do ataku. Dżokeje na usługach Hrabiego krępują Tadeusza i prowadzą go w ten sposób związanego do dworku. Rozpoczyna się zajazd.
Z dworku wybiega Sędzia, który także natychmiast zostaje pojmany. Kobiety są wystraszone i niepewne tego, co się wydarzy. Boją się rozlewu krwi. Słychać szloch i popiskiwanie. Niektóre z nich ledwo stoją na nogach. Sędzia próbuje jeszcze pogodzić się z Hrabią i zapobiec dalszemu rozwojowi akcji. Niestety jednak z Dobrzyna na czele szlachty nadjeżdża Gerwazy. Hrabia zmusza Sędziego, by się poddał. Asesor chce aresztować Hrabiego, ale ten jedynie go uderza i ogłusza. Hrabia nie chce jednak rozlewu krwi. Obiecuje, że do niego nie dojdzie. Sopliców czyni swoimi więźniami, zamyka ich we dworze i zostawia pod strażą. Gerwazy orientuje się, że nie dostanie się do Sędziego, o czym marzył. Postanawia więc, że przynajmniej zmusi Protazego, aby ten osobnym aktem uznał Hrabiego za właściciela zamku. Ten oceniając zaistniałą sytuację, pozornie się zgadza. Zaufanie Gerwazego pozwala mu sprawnie uciec przed obławą. Kiedy uciekał, próbowano go zaatakować strzałami, to się jednak nie udało. Po ucieczce Protazego opór w Soplicowie ustaje. Mieszkańcy dworu uświadamiają sobie, że nie mają żadnych szans z siłami Hrabiego.
Szlachta z Dobrzyna, zachęcona tak łatwym zwycięstwem, używa broni do tego, aby zamordować zwierzęta na wieczorną ucztę w zamku. Plądrują cały dwór. Gerwazy na to pozwala. Sam przypomina sobie dawne czasy i każe podać sobie pas od kontusza. Całe towarzystwo zabiera z dworu beczki piwa i udaje się z nimi na nocleg na zamku. Tam ustanowiona zostaje główna kwatera Hrabiego. Trwa wielka uczta w zamku, nie brakuje jedzenia, różnego rodzaju mięsiwa, alkohol się leje strumieniami. W końcu wszyscy zapadają w głęboki, alkoholowy sen.
Księga dziewiąta: Bitwa
Na śpiącą szlachtę nad ranem napada oddział majora Płuta. Rosyjskich żołnierzy wzywają być może Asesor lub Jankiel. Atak budzi Gerwazego. Okazuje się jednak, że podobnie jak pozostali, został związany i niewiele może zrobić. Moskale otaczają także dworek, więc Hrabia, mimo że niezwiązany i tak niewiele może zrobić. Jest absolutnie bezbronny. Za taki akt agresji, jakiego się dopuścił, jemu i szlachcie dobrzyńskiej grożą konsekwencje. Okazuje się, że w tym samym czasie na pomoc Soplicom jedzie pozostała okoliczna szlachta: Podhajscy, Birbaszowie, Hreczechy, Biergele. Część z nich to krewni Soplicy, spora część jest także skonfliktowana ze szlachtą z Dobrzyna. Szlachtę tę Rosjanie zakuwają w dyby i wystawiają na deszcz i chłód. Sędzia jednak nie chce eskalacji. Stara się dogadać z Moskalami tak, aby załatwić całą sprawę polubownie, aby do jej rozstrzygnięcia nie były zaangażowane władze i sąd. Major widzi, że Sędziemu zależy, dostrzega więc przestrzeń na interes. Informuje, że zgodzi się puścić Dobrzyńskich wolno, ale za cenę tysiąca rubli od każdej głowy. To sporo, Sędzia więc próbuje się targować. Przekonuje Płuta, że właściwie niewiele zyska aresztując najeźdźców. Takie wypowiedzi niespecjalnie majorowi się podobają. Przypomina on, że obowiązuje nowe prawo i za taki występek można otrzymać nawet karę w postaci zsyłki do pracy na Syberię. Jest tak poirytowany, że w końcu zaczyna grozić nawet Sędziemu. Przekonuje, że i na niego w każdym momencie może coś znaleźć. Wymiana zdań staje się coraz bardziej ostra, co grozi ponownym wybuchem konfliktu, który nie wiadomo jak się skończy.
Na dziedziniec w tym momencie wjeżdżają z kilkoma wozami — przebrani za chłopów — Maciej, Bartek Prusak, Zan i Mickiewicz oraz ksiądz Robak. Ten gratuluje majorowi, że złapał Hrabiego, Sędziemu nakazuje przygotować wybawcom gorący posiłek. To natychmiast uspokaja sytuację. Major wreszcie czuje się doceniony. Pokrzepiony na duchu proponuje, aby po posiłku zorganizować tańce. Ksiądz Robak w pełni akceptuje ten pomysł. Sugeruje także, że żołnierze pilnujący aresztantów zasługują na trochę gorzałki. Płut na to przystaje. Major szuka sobie partnerki do tańca. Niestety jest zbyt agresywny i nachalny. Bez pozwolenia całuje Telimenę w rękę, co wzbudza ewidentne niezadowolenie kobiety. Tadeusz nie jest w stanie dłużej na to patrzeć i policzkuje go. Robak, widząc to, natychmiast podaje mu oręż i każe strzelać do Moskali. Tadeusz nie trafia, ale padające strzały wzbudzają popłoch wśród Moskali. Rozpoczyna się regularna bitwa.
Szlachta zaściankowa w tym samym momencie przystępuje do walki z żołnierzami Płuta. Okazuje się, że na wozach, którymi przyjechał Robak, znajduje się broń, po którą walczący natychmiast sięgają. Starcie jest jednak bardzo chaotyczne, na szczęście po obu stronach – tak Polaków, jak i Rosjan. Rykow biegnie do stodoły, aby stamtąd kierować całą akcją. Na niewiele się to jednak zdaje, ponieważ uzbrojona już szlachta polska świetnie sobie radzi w stawianiu oporu armii rosyjskiej.
Stary Maciek nie jest w stanie bić się już jeden na jednego. Postanawia usunąć się z placu bitwy. Atakuje go jednak Gifrejter, instruktor pułku. Maciek nie ma wyjścia, tylko musi walczyć. Stacza jednak z Rosjaninem triumfalną dla siebie walkę. Niestety oznacza to również, że powtórnie atakują go wojska Płuta, ze wsparciem musi przyjść mu Kropciel. Ten prawie sam przypłaca walkę życiem, ponieważ gdzieś po drodze gubi rynsztunek. W końcu walczącym z pomocą przychodzi Gerwazy. Z takim wsparciem nie ma wątpliwości, że to właśnie szlachta polska będzie triumfować. Takiego optymizmu nie podziela jednak ksiądz Robak, który doskonale zdaje sobie sprawę, że rozbić trzeba jeszcze zastęp zgromadzony wokół Rykowa. Nie jest to proste, ponieważ Rosjanie dysponują lepszą bronią, a spora część szlachty ma w ręce jedynie miecze. To znacznie utrudnia zbliżenie się do wroga.
Rykow ma przewagę, choć jego szanse na sukces zdecydowanie zmniejsza Konewka Dobrzyński. Szlachcic ukrywa się bowiem w pokrzywach i wprowadza dezorganizację w oddziale rosyjskim. Przede wszystkim rozbija szeregi chorągwi. Za chwilę z pomocą przychodzą mu kolejni szlachcice, którzy wspólnie z nim dokańczają dzieła.
Tadeusz, który został początkowo z paniami, teraz wybiega z dworu. Podkomorzy dołącza do bijącej się szlachty. Rykow rozkazuje wszystkim, aby się poddali. Grozi, że w innym wypadku podpali Soplicowo. Po tej groźbie atakuje go Hrabia. Ten jednak zabija mu ogiera. Gerwazy pędzi Hrabiemu na pomoc. Robak jest jednak szybszy. Zasłania Hrabiego całym swoim ciałem. Trafia w niego kula przeznaczona dla ostatniego z Horeszków. Robak nie pokazuje jednak, jak poważne jest to trafienie. Oddala się, instruując walczących. Jego intencje doskonale odczytuje Tadeusz, który zaczyna strzelać do Rosjan z oddali, zza drzewa. Rykow chce, aby Major stanął do walki z paniczem, ponieważ inaczej młodzian wszystkich ich wystrzela. Płut jednak do walki wysyła samego Rykowa. Tadeusza natomiast zastępuje Hrabia, który ma indywidualne porachunki z Rykowem do wyrównania. W końcu to Rykow napadł rano na zamek i podstępem związywał jego ludzi.
Ostatecznie jednak nie dochodzi do pojedynku, bo Płut – wbrew wszystkim honorowym zasadom – każe strzelać do Tadeusza. Rosjanin chybia, ale szlachta odbiera to jako sygnał zdrady Moskali i ich atakuje. Moskale przegrywają walkę. Rykow nie ma wyjścia, tylko musi się poddać. Rykow jest gotowy wyciągnąć rękę na zgodę do Podkomorzego. Kiedy szlachta odnajduje Płuta rozpoczyna się jednak regularne starcie. Wojski i Protazy wymyślają podstęp: na broniących się Rosjan zwalają dach starej sernicy. Robak jeszcze raz wykazuje się odwagą, tym razem broniąc życia Gerwazego. W końcu bitwa się kończy. Podkomorzy każe opatrzyć ranny, walczących Rosjan zaprowadzić pod straż. Kapitanowi Rosjan proponuje zaprzestanie dalszych walk. W ten sposób kończy się ostatni zajazd na Litwie.
Księga dziesiąta: Emigracja – Jacek
Zaraz po tym, jak skończyła się bitwa, nad Soplicowo nadciągnęły mocne, ciemne chmury, co było dobrym zwiastunem. Intensywna burza gwarantowała, że zerwane zostaną mosty i drogi, a więc nikt z zewnątrz nie dowie się od razu o bitwie. W dworku leży bernardyn, który okazuje się znacznie poważniej ranny, niż można się było tego spodziewać. Sędzia wzywa do siebie Gerwazego, Rykowa i Podkomorzego. Wszyscy próbują znaleźć takie wyjście z sytuacji, które uchroni uczestników przed wtrącaniem się władz do całej tej historii. Rykow nie chce się jednak dać przekupić. Ostatecznie jednak przyznaje, że Polacy zawsze robią na nim wrażenie swoim męstwem. Zgadza się nikogo nie oskarżać i w razie potrzeby zeznać, że oddział pojawił się w Soplicowie zbiegiem okoliczności. Przyznaje jednak na sam koniec, że to nie do niego należy tutaj ostatnie słowo, a do majora Płuta. Sugeruje, że tego z kolei można po prostu przekupić. Gerwazy jednak się wtrąca i mówi, że major już nikomu nic nie powie. Oznacza to, że został on zabity przez klucznika. Robak mówi Gerwazemu, że dopuścił się nieprawości, ale zrobił to w imię wyższego dobra. Ksiądz rozgrzesza postępek Klucznika. Rykow zawiera się ostatecznie sojusz z Sędzią. Podkomorzy nie jest jednak tak pewien bezpieczeństwa całej szlachty. Sugeruje, że niektórzy powinni uciekać.
Sędzia prosi Tadeusza. Informuje także księdza Robaka, że młody chłopak zakochał się w Zosi, a Telimena jako jej opiekunka ostatecznie wyraziła zgodę na ten związek. Pojawia się więc plan, aby zaręczyny młodych ogłosić jeszcze przed wyjazdem Tadeusza. On jest bowiem jednym z tych, którzy muszą uciekać. Sędzia liczy bowiem, że ogłoszenie zaręczyn zagwarantuje oddanie Tadeusza. Przypomina, że sam został do końca wierny córce Wojskiego, zaręczonej z nim. Mimo że kobieta zmarła przed ich ślubem, a on zgodnie z prawem całe życie był kawalerem, czuł się i czuje się nadal wdowcem.
Tadeusz na pomysł Sędziego zgodzić się jednak nie chce. Robi to z troski o Zosię. Nie był w stanie bowiem przewidzieć swojego losu, a nie chciał wiązać dziewczyny przyrzeczeniami, które odbiorą jej ewentualną szansę na przyszłość z kimś innym. Prosił więc stryja, by decyzję o zaręczynach odłożyć do czasu jego powrotu. Wtedy to oficjalnie poprosi on Zosię o rękę i dziewczyna zdecyduje, czy będzie go chciała przyjąć. Z jednej strony Tadeusz chciał się okazać godnym Zosi, z drugiej jednak – obawiał się, że jego nieobecność może potrwać zbyt długo, a dziewczyna w tym czasie może jednak oddać swoje serce komuś innemu. Nie chciałby w takiej sytuacji stać na przeszkodzie do jej szczęścia. Zosia jest bardzo zaskoczona tym wyznaniem, które ma okazję usłyszeć. Daje mu więc na drogę obrazek św. Genowefy z relikwią (fragmentem okrycia) św. Józefa, który uznawany był za opiekuna zaręczonych. Była to dość jasna deklaracja ze strony dziewczyny, którą uzupełniła ona jeszcze życzeniem, bym święty ochraniał Tadeusza, a jednocześnie przypominał młodzieńcowi o niej.
Hrabia, widząc tę bardzo rozczulającą scenę, decyduje się pogodzić z Tadeuszem. Wyznaje także swoje uczucie Telimenie. Ta zdaje się mocno zdziwiona jego deklaracją. Hrabia bierze przykład z Tadeusza i także postanawia wyjechać, by bić się za ojczyznę. Telimena na znak łączącego ich związku daje mu swoją wstążkę. Chwilę później uchodźcy w dość dużym pośpiechu opuszczają Soplicowo.
W drogę razem z nimi nie udaje się jednak ksiądz Robak, który jest ciężko ranny. Postrzelony bernardyn zwraca się z prośbą do Sędziego, aby ten przywołał Gerwazego i wezwał plebana do dworu. Kiedy wszyscy znajdują się już w pokoju, gdzie leży Robak, ten rozpoczyna swoją spowiedź. Wyznaje, że jest Jackiem Soplicą. Prosi Gerwazego, aby wysłuchał jego zwierzeń, a dopiero po nich zdecydował, czy jest mu w stanie wybaczyć.
Jacek Soplica po raz pierwszy ma szansę całą historię zaprezentować ze swojej perspektywy. Okazuje się, że Ewa – córka Stolnika rzeczywiście Jacka kochał z wzajemnością. Stolnik jednak nie był w całej historii niewinny. Robak opowiada bowiem, że jego zaskoczenie na wieść o zalotach Jacka było udawane. Dużo wcześniej zdawał sobie z niego sprawę, ale nie chciał wtedy zniechęcać młodziana, którego poparcia potrzebował na sejmikach. Soplica podkreśla także próby zapomnienia, odcięcia się od całej historii. Po jednej z nich zapada decyzja, by na dobre pożegnać się ze Stolnikiem i jego córkę. Kiedy jednak Jacek słyszy, że Stolnik chce Ewę wydać za kasztelana witebskiego, czara goryczy została przelana. Nie oznacza to jednak, że wszedł on w sojusz z Moskalami. Jacek przysięga Gerwazemu, że mimo chęci odwetu, nigdy by się na coś takiego nie zdecydował. Naprawdę jedynie przejeżdżał obok zamku, kiedy rozpoczął się atak. Kiedy zobaczył, jak dumnie Stolnik daje sobie radę, bez namysłu podniósł broń i wystrzelił.
Dalej Jacek opowiada o tym, jak ożenił się z dobrą kobietą – matką Tadeusza, której nie potrafił jednak pokochać, a ona z żalu wcześnie zmarła. Soplica zaś, ponieważ nie mógł znieść udręki, pogłębionej jeszcze wiedzą o tym, że jego ukochana Ewa z mężem została wywieziona na Sybir, uciekł z kraju. Ewa na Syberii młodo umarła. Osierociła Zosię, którą zaopiekował się Jacek, finansując jej utrzymanie i przekazując pod opiekę Telimeny. Sam zaś skupił się na walce za ojczyznę. Widział w tym jedyną szansę odkupienia swoich grzechów. Gerwazy, słysząc historię Robaka, przebacza mu. Nie jest w stanie uścisnąć mu jednak ręki. Okazało się jednak, że to nie wszystko, co Robak ma do powiedzenia. Poprosił on Gerwazego, by został do końca. Robak był przekonany, że skona tej nocy, ponieważ mimo że niewielkie draśnięcie, odnowiło jednak starą ranę i wdała się gangrena.
Robak wraca do swojej opowieści. Przypomina, jak uznano go za kolaboranta. Polacy się od niego odwrócili, ale Rosjanie dali mu w nagrodę część majątku Stolnika. Aby zmazać z siebie piętno zdrajcy, Soplica walczy jako legionista. Potem pracuje jako konspirator. Okazuje się, że Robak od lat projektował plan powstania, które swoim ruchem Gerwazy przyspieszył, ale jednocześnie skazał na porażkę. Robak jednak nie ma za to urazy do Gerwazego. Ten słysząc to wyznanie, opowiada, jak Stolnik, konając, wykonał znak krzyża w kierunku Jacka. Gerwazy nikomu wcześniej nie przyznał, że Stolnik Jackowi w ten sposób przebaczył. Dla Soplicy znaczyło to bardzo wiele, teraz w spokoju już czekał na plebana. Okazało się jednak, że pierwszy przybiegł goniec z informacją, że Napoleon ruszył na Rosję. Po tej informacji Robak skonał, a do dworu przyjechał spóźniony pleban.
Księga jedenasta: Rok 1812
Narrator w apostrofie zwraca się do urodzajnego roku 1812, kiedy to do Rosji wiosną wkraczają wojska Napoleona. Na Litwie w tym samym momencie wybucha wojna przeciwko zaborcy. Soplicowa nie omijają rozgrywające się właśnie wypadki, ponieważ leży ono przy gościńcu, którym od strony Niemna nadchodzą wojska napoleońskie. Prowadzą je dowódcy, książę Józef i król Hieronim. W dworku Sędziego urządzony zostaje obóz wojskowy. Stacjonuje tutaj nawet 40 000 żołnierzy. Wśród nich są słynni polscy generałowie, tacy jak Dąbrowski czy Kniaziewicz. Podejmowani są w sposób szczególnie serdeczny, jednak jako niemało zmęczeni, dość szybko udają się na odpoczynek do przeznaczonych dla nich komnat. Wojski tym razem dowodzi w kuchni, szykuje bowiem uroczysty polski obiad na cześć generała Dąbrowskiego. Podczas niego planowane jest także ogłoszenie zaręczyn trzech par.
Dzień jest wyjątkowy, ponieważ przypada w nim Święto Najświętszej Panny Kwietnej. Najpierw w więc wszyscy udają się na mszę do kaplicy. Obecność oficerów sprawia, że okoliczni mieszkańcy tłumniej niż zwykle pojawiają się na uroczystościach religijnych. Uwaga całej okolicy skupia się na słynnych generałach i oficerach, którzy goszczą w Soplicowie. Podkomorzy po mszy wspomina historię Jacka Soplicy. Uznaje bowiem, że to najwyższy czas, aby przebaczyć mu oficjalnie wszystkie jego winy i zaprezentować ogromne dla kraju zasługi. Prezentuje więc zgromadzonym jego historię, opowiada o jego roli emisariusza noszącego utajnione listy, walkę pod Hohenlinden czy bitwę o Somosierrę. Okazuje się, że po śmierci Robak został uhonorowany przez samego cesarza, który odznaczył go krzyżem Legii Honorowej. Podkomorzy kończy swoją opowieść informacją o przywróceniu do łask Jacka Soplicy. Krzyż Legii powieszony zostaje na mogile, gdzie ma pozostać przez trzy dni, a następnie – jako wotum – zostać złożony dla Najświętszej Panienki. Kiedy Podkomorzy wiesza odznaczenie, cały zgromadzony lud odmawia Anioł Pański i prosi o łaski boże dla Soplicy.
Na uroczystości do Soplicowa zaproszeni przez Sędziego zostają goście i okoliczni chłopi. W trakcie uroczystości na ogrodzeniu domu siedzą Gerwazy i Protazy, popijając miód i zaciągając się tabaką. Obaj są bardzo ukontentowani ostatecznie rozwiązaniem sporu o zamek. Radują się widokiem Zosi w towarzystwie młodego Tadeusza Soplicy. Protazy wspomina, jak rok wcześniej walczyły między sobą dwa wróble, które służba potraktowała jako symbole Sędziego i Hrabiego. Między ptaki weszła Zosia. Wtedy też wszyscy uznali, że to właśnie ona pogodzi ostatecznie dwa skłócone ze sobą rodziny.
Gerwazy może teraz przyznać, że Tadeusza lubił właściwie od samego początku, ale w życiu by nie pomyślał, że to właśnie on będzie przyszłym mężem Zosi i spadkobiercą zamku.
Młodzi tego dnia zawierają między sobą oficjalne zaręczyny, choć właściwie jest to odnowienie przyrzeczeń, które złożyli sobie rok wcześniej. Tadeusz ubrany jest w strój ułana. Rękę ma na temblaku. Mężczyźnie bardzo zależy na tym, aby Zosia była pewna swojego wyboru. Pyta więc dziewczynę raz jeszcze, czy chce ona zostać jego żoną. Kobieta potwierdza swój wybór. Wtedy też oboje udali się do dawnego pokoju Tadeusza, gdzie wystrojony już Rejent pomagał w toalecie swojej narzeczonej. Podawał jej wszystkie niezbędne akcesoria, biżuterię i inne drobiazgi.
Kiedy jednak w oddali dostrzeżono zająca, Rejenta wezwał Wojski. Jasne bowiem było, że ponownie Rejent z Asesorem będą rywalizować o to, czyj pies jest zwinniejszy i jest w stanie upolować zająca. Była to kolejna okazja do tego, by rozstrzygnąć ciągnący się od miesięcy konflikt. Kiedy Wojski nakazuje spuścić psy ze smyczy, oba doskakują do szaraka. W końcu udaje się rozwiązać problem, bowiem Wojski ogłasza, że zwycięzcami są obaj mężczyźni, co dla obu jest satysfakcjonującym rozwiązaniem konfliktu. Rejent musi co prawda przyznać, że konia, który był jego wkładem w zastaw odebrali mu ułani, przekazuj jednak całe wyposażenie Asesorowi. Mężczyźni w zgodzie wracają do domu, szczęśliwi, że konflikt między Kusym i Sokołem wreszcie, po roku dobiegł końca. Okazuje się, że do tego rozwiązania w dużej mierze przyczynił się Wojski, który zająca trzymał specjalnie na tę okazję. Był to prosty łup dla psów, ale dzięki temu wreszcie udało się zakończyć męczący już wszystkich spór. Jak doszło do pogoni, zostaje tajemnicą, więc Asesor z Rejentem nadal mogą się przyjaźnić bez toczenia sporu od nowa.
Uroczysty obiad zorganizowany został na zamku. W sali jadalnej na gości czekali już Tadeusz z Zosią. Młodzi powitali gości. Zachwyt wzbudzała przede wszystkim Zosia, której kobiecość rozkwitła, a dziewczyna podkreśliła ją jeszcze bardziej, decydując się na założenie prostego tradycyjnego litewskiego ubioru. Kobieta ubrana była w ludowy strój, który w połączeniu z wiankiem na głowie tworzył wyjątkowo atrakcyjną całość. Do tego dziewczyna rozdawała przybyłym kwiaty. Zrobiła w ten sposób ogromne wrażenie między innymi na generale Kniaziewiczu, który przycisnął ją do serca i ucałował po ojcowsku w czoło. To właśnie on chwycił ją także w pasie, aby postawić na stole, by wszyscy mogli podziwiać piękno dziewczyny. Tadeusz był dumny z Zosi i ogromnie szczęśliwy. Całą scenę oglądał jeden z pułkowników, który w pewnym momencie wyjął szkicownik i zaczął rysować Zosię. Sędzia natychmiast rozpoznał Hrabiego i serdecznie go przywitał. Dowiedział się od niego, że ten dostał promocję na pułkownika. Pogratulował więc mu awansu, ale Hrabia nie słuchał uważnie, ponieważ był pochłonięty rysowaniem. Do Sali chwilę później weszła druga para zaręczonych, czyli Tekla Hreczeszanka i Asesor. Wszyscy czekają jednak na trzecią parę, która spóźnia się, ponieważ Rejent szuka obrączki zaręczynowej, która się zawieruszyła podczas pościgu za zającem. Narzeczona, która jeszcze nie skończyła toalety, wykorzystuje to, że ma jeszcze trochę czasu.
Księga dwunasta: Kochajmy się
Drzwi do sali pozostają otwarte. Gośćmi zajmuje się również Wojski, który dowodzi dworem tego dnia. Rozsadza on gości, dba by wszyscy czuli się zaopiekowani. Wszyscy grzecznie go także słuchają i siadają dokładnie w takim porządku, jakiego życzy sobie Wojski.
Sędzia opuszcza gości i wychodzi na dziedziniec. Tutaj biesiadują chłopi, którym – zgodnie ze zwyczajem – usługują Tadeusz i Zosia jako nowi dziedzice. Był to dawny zwyczaj, któremu jednak młodzi z wielką chęcią uczynili zadość. Na zamku goście zachwycają się serwisem obiadowym, który zawiera sceny dotyczące polskiego sejmu. Wojski opowiada historię kolejnych przedstawień, które znajdują się na serwisie. Dopiero kiedy Wojski skończył opowieść, zaczęto podawać kolejne dania, które zmieniały się niczym pory roku.
W trakcie trwania uroczystości w Soplicowie pojawiają się kolejni goście. Między innymi przychodzi Maciej zwany Kurkiem na kościele. Pojawia się on we dworze na czele szlachty zaściankowej (tej samej, która doprowadziła do zajazdu). Sędzia wita go serdecznie zaprasza do stołu. Mężczyzna cieszy się, że ma szansę zobaczyć najważniejszych dowódców polskich wojsk. Ogromnie miłe jest, że Dąbrowski rozpoznaje w mężczyźnie kościuszkowskiego rębacza. Generał w ogóle wydaje się bardzo zainteresowany otoczeniem Soplicowa. Chce bowiem poznać także właściciela sławnego Scyzoryka. Pojawia się więc Klucznik, który pokazuje mu swój rapier. Potem przekazuje go Kniaziewiczowi.
Dąbrowski jest ciekawy, czemu Maciek nie jest tak radosny, jak pozostali. Mężczyzna odpowiada, że Polska potrzebuje polskich bohaterów i polskiego wojska, a jego zdaniem bezkrytyczna wiara w Napoleona może okazać się zgubna. W końcu Polska potrzebujesz własnego wodza. Młodzież po cichu komentowała tę rozmowę. Sędzia przerwał jednak ten spór, ogłaszając pojawienie się ostatniej pary narzeczonych.
Do zgromadzonych wyszli Rejent z Telimeną. Mężczyzna ubrany był zgodnie z najnowszą francuską modą, co wymogła na nim w intercyzie Telimena. Maciej, widząc strój Rejenta, uznał go za głupiego, wsiadł na konia i wrócił do zaścianka. W szoku był także Hrabia, który natychmiast wyrzucił Telimenie niewierność. Wypomniał jej, że on jej przez cały ten czas ufał, czego symbolem jest noszona przy mundurze wstążka. Nie chciał pozwolić na jej ślub z Rejentem. Telimena zapytała, czy jest gotowy stać z nią na ślubnym kobiercu. Nie jest przecież jeszcze żoną Rejenta. Ta możliwość szybkiej zmiany planów tak zaskoczyła Hrabiego, że z żalem i pogardą odwrócił się od byłej kochanki, mówiąc, że nie będzie niszczył jej planów. Swoją uwagę zwrócił na Podkomorzankę.
W tym samym czasie Tadeusz podszedł do Zosi, chcąc z nią omówić ważną kwestię. Chciał bowiem podarować wolność wszystkim ich podwładnym. Wiedział jednak, że chłopi są także poddanymi Zosi, nie chciał więc robić nic wbrew jej woli. Uważał jednak, że skoro walczą o wolność ojczyzny, to włościanie też na nią zasługują. Decyzja taka oczywiście miałaby wpływ na ich status majątkowy. Zmusiłaby ich do życia ziemiańskiego. Zosia jednak ku uciesze Tadeusza była z jego planami absolutnie zgodna. Przekonywała go, że potrafi prowadzić dom i gospodarstwo, a wszystkiego, czego jeszcze nie wie, szybko się nauczy. Gerwazy nie był jednak zachwycony pomysłem młodych, uważał, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby przyznanie chłopom szlachectwa i herbu rodowego panny młodej. Młodzi jednak zostali przy swoim. Ich decyzję na prośbę Sędziego ogłosił pleban. Chłopi wiwatowali na cześć Zosi i Tadeusza. Byli im ogromnie wdzięczni, tym bardziej więc weselili się z narzeczonymi.
Już chwilę później cała uwaga skupiła się jednak na grajkach, a przede wszystkim Jankielu, który uznawany był za wybitnego cymbalistę. Żyd nie chciał jednak grać, ale uległ prośbie Zosi, która przypomniała mu, że obiecał grać na jej weselu. Gra była niesamowita. Jankiel grał Poloneza Trzeciego Maja. W pewnym momencie pojawił się nieczysty dźwięk, przypominający o historii Targowicy. Potem była już tylko smutna melodia przywodząca na myśl niedolę żołnierską. Koncert zamknęły jednak nuty Mazurka Dąbrowskiego. Za grę Jankielowi podziękował sam generał, a po wszystkim Podkomorzy dał znak do poloneza.
Podkomorzy z Zosią prowadzą pierwszą parę. Narzeczona Tadeusza szybko jest jednak rozchwytywana przez innych tancerzy. W końcu jednak łączy się w parę z Tadeuszem. Nie chce kolejnych par, więc idzie napełniać gościom kielichy.
Jedyną smutną postacią jest w tej scenie zadłużony od dawna w Zosi kapral Sak Dobrzyński. Nadchodzi wieczór, szlachta cały czas świętuje. Historia kończy się poczuciem szczęścia i wiary w przyszłość. Narrator uwiarygadnia dodatkowo powieść, czyniąc z niej niby-autentyczną historię, prezentując się jako ten, który tam był „miód i wino pił”.
Epilog
Ostatnia część Pana Tadeusza jest zupełnie inna w swojej wymowie niż pozostałe fragmenty dzieła. Jest napisana w zdecydowanie refleksyjno-melancholijnym stylu. To dopowiedzenie i wyjaśnienie dla zdarzeń przedstawionych wcześniej. Mickiewicz nie ukrywać, że poemat był sposobem ucieczki do kraju lat dziecinny, oddalenia się – choćby na chwilę – od tego, co obce, trudne, dzielące polską emigrację. Podkreśla wyraźnie, że zaprezentowana historia to powrót do momentu świetności kraju. Poemat jest sposobem na to, aby choć na chwilę nie myśleć o przelanej krwi, zrujnowanych marzeniach, byciu gościem w miejscu, które nie do końca jest przyjazne. „Pan Tadeusz” to przypomnienie czasu świętego i czystego, kraju, ojczyzny, biednej i może ciasnej, ale miejsca, które należało do Polaków. Narrator ucieka więc przed obczyzną, która nie jest tak gościnna. Podmiot wypowiedzi marzy o tym, by jego opowieść dotarła „pod strzechy”, by stała się znana wszystkim. Przypomina tym samym o zwyczaju czytania na trawie, tłumaczenia trudniejszych rzeczy młodszym Polakom, a wiedza niosła się szeroko.
Czytaj więcej na https://www.bryk.pl/lektury/adam-mickiewicz/pan-tadeusz.streszczenie-szczegolowe#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=other
idk dg